100000 km na motocyklu Yamaha XT600 Tenere 34l

Przez Niger, Kamerun, Kongo, Zair, Malawi, Kenia, Arabia Saudyjska, RPA,Egipt, Sudan, Burkina Faso, Ghana, Togo

 

Koniec roku 1984 okazał się decydujący dla mnie oraz mojego ówczesnego motocykla. Postanowiłem urzeczywistnić moje największe marzenie – podróż do Afryki. W związku z tym stwierdziłem, że moja Tenera XT 500 nie będzie odpowiednią maszyną na taką wyprawę i że po 115 tysiącach kilometrów na liczniku należy jej się zasłużona emerytura. Tak więc już w grudniu 84’ stała nowiuteńka Tenera XT 600. Dopasowałem do niej własnoręcznie zmontowany bagażnik, założyłem solidne amortyzatory i na początku lutego 1985 roku wszystko było gotowe. Właśnie wtedy zorientowałem się, że moja algierska wiza jest ważna jeszcze tylko parę dni.

Następnego dnia – mniej więcej w połowie drogi przez Szwajcarię – moja Tenera nagle stanęła, zapiekł się jeden z pierścieni tłokowych. Szwajcarski serwis Yamahy (HOSTELTER) zaofiarował mi kompletną wymianę wadliwych części oraz przegląd całego motocykla. W związku z tym, że kończyła mi się wiza i bardzo zależało mi na czasie – z chęcią przystałem na propozycję. Tym sposobem mogłem kontynuować podróż jeszcze tego samego dnia. Niestety sto kilometrów dalej – dokładnie we Włoszech – znów miałem pecha. Doszło do lekkiego zatarcia tłoków – tak przynajmniej stwierdzono w tamtejszym serwisie. Jako, że nie miałem zbyt wiele czasu do zmarnotrawienia, zlekceważyłem awarię i pomknąłem dalej na południe. Na okropnie klekoczącym i hałasującym motocyklu dotarłem do Marsylii. Tam zakupiłem nowe tłoki, pierścienie oraz odpowiednie uszczelki. Podczas naprawy, którą tym razem wziąłem w swoje ręce; pomimo usilnych starań nie znalazłem powodu awarii. Stwierdziłem więc, że za wszystko odpowiedzialna jest chłodnica oleju, ponieważ nie raz zdarzało mi się podróżować przy ekstremalnych warunkach pogodowych.

Kiedy wjechałem na terytorium Algierii, moja wiza była ważna jeszcze tylko jeden dzień. Tak więc teraz miałem dużo czasu i postanowiłem poświęcić go mojej maszynie. W Annabie znalazłem pewien warsztat samochodowy, którego właściciel użyczył mi tylnego dziedzińca. Od razu zabrałem się do roboty i rozłożyłem silnik na części proste. Tak jak przypuszczałem, tuleja cylindrowa była w zupełnie dobrym stanie, gorzej było z tłokami. Trzeba je było koniecznie wymienić, gdyż było na nich widać wyraźne wyżłobienia. Nie tylko ja byłem mocno zdenerwowany zaistniałą sytuacją. Wszyscy algierscy mechanicy z warsztatu z wyraźnym niepokojem śledzili moje poczynania, później nawiązaliśmy nawet zażyłą współpracę. Teraz wszyscy razem drżeliśmy z obawy, czy po tych mechanicznych ewolucjach mój motocykl jeszcze kiedykolwiek zagrzmi. Jakaż była nasza radość, gdy okazało się, że Tenera chodzi jak zegareczek!

Pod koniec asfaltowego szlaku w Algierii tłoki ponownie dały o sobie znać i zmuszony byłem starannie je docierać. Podczas kolejnych 36 tysięcy kilometrów, które robiłem na liczniku jeżdżąc po Afryce południowej nie przytrafiła mi się na szczęcie już żadna awaria. Moja maszyna zadowoliła się standartowymi czynnościami konserwacyjnymi.

Kłopoty pojawiły się ponownie w Niemczech – po przejechaniu 47 tysięcy kilometrów podniosło się nagle zużycie oleju – na pomad litr na 1000 km. Chociaż nie było żadnych podstaw do paniki postanowiłem przeprowadzić gruntowne roboty naprawcze. Wyszlifowałem cylinder oraz wymieniłem łańcuch rozrządu i obydwa łożyska wału korbowego. Gwoli prawdy, tylko łańcuch wymieniłem z konieczności, ponieważ był widocznie wyeksploatowany. Wszystkie pozostałe części zostały wymienione jedynie dla pewności.

Po niedługim czasie mój motocykl zaskoczył mnie ponownie. Krótko po tym jak, wymieniłem w silniku wszystko co można wymienić – ponownie zatarł się tłok. Powoli zacząłem mieć niejasne przeświadczenie, że wszystkie moje nieszczęścia związane z motocyklem spowodowane są moim sposobem jazdy oraz miernymi zdolnościami majsterkowicza. Tak więc tym razem postanowiłem sprawę oddać specjalistom. Zostawiłem moją maszynę w porządnym warsztacie, do dyspozycji profesjonalnych mechaników. Po niedługim czasie okazało się, że postąpiłem wyjątkowo słusznie. Przyczyna dotychczasowych awarii mojego motocykla, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba – przewód olejowy. Jeden z dwóch otworów tego przewodu miał za mały przekrój. W związku z tym, przy długich wyprawach i dość szybkim tempie jazdy, nie było ciągłości w dostarczaniu oleju do silnika. Z tego wynika, że cały czas jeździłem z „bombą zegarową” pod maską. Przewód olejowy otrzymałem gratis, natomiast za trzeci z kolei tłok musiałem niestety zapłacić.

W grudniu 86’ ponownie wyruszyłem na południe. Z Egiptu udałem się do Sudanu, a stamtąd do Kenii. Do stolicy Sudanu – Chartumu, odległego od Egiptu o jakieś 1600 km. zajechałem nie tylko z powodu zmęczenia ale i z konieczności. Tym razem nieszczelna była uszczelka na głowicy silnika. Bardzo ostrożnie próbowałem dokręcić śrubę ale po dwóch obrotach ukręciłem gwint. Tak więc nie dość, że rozebrałem znowu silnik – zacząłem nabierać w tym wprawy – to jeszcze ukręciłem ze trzy gwinty. Podkreślam, że owe gwinty były już raz robione, przy okazji przeglądu silnika w warsztacie.

„Jednak Allach jest wielki”! tak właśnie pomyślałem sobie gdy znalazłem pewnego sędziwego Sudańczyka umiejącego obsługiwać tokarkę. To właśnie on uratował moje dupsko i zrobił dla mnie gwintowane tulejki ze sworzni od jakiegoś auta. Kilka dni później mogłem z powodzeniem mogłem kontynuować moją wyprawę. W związku z objazdem przez Arabię Saudyjską i północny Jemen, trafiłem jeszcze całkiem niespodziewanie do Kenii. Pomijając zepsuty kopnik dalsza podróż odbyła się bez większych problemów.

Następne lato minęło mi bardzo szybko poza kilkoma tygodniami w Alpach moja Tenera większość czasu spędziła w garażu dopiero w zimie 1987 roku wyruszyłem na wyprawę do Afryki. Tym razem trasa trwała trzy miesiące i przeważnie poruszałem się zachodnim wybrzeżem – w kierunku Togo. Droga powrotna wiodła przez Ghanę, Burkina-Faso oraz Mali. Jedyną awarią jaka przytrafiła mi się w drodze było złapanie gumy w tylnim kole.

Tymczasem aż miło było popatrzeć – licznik pokazywał 100 tysięcy kilometrów przebiegu, z czego 60 tysięcy w samej Afryce. Muszę powiedzieć, że maszyna prowadziła się nienagannie, potrzebowała tylko litra oleju na 1000 km. Pomimo początkowych trudności moja Tenera udowodniła, że jest godnym zaufania towarzyszem podróży.

Liczba 5500 obr/min zapewnia silnikowi maksymalną moc, w związku z czym motocykl radzi sobie na wybranym terenie. Próby „przeprawienia się” przez błotnisto muliste bądź też piaszczyste trasy bardzo rzadko kończą się fiaskiem. Tarcza sprzęgłowa nawet po 100 tysiącach kilometrów nie wykazuje żadnego stopnia zużycia. Wentylki radzę wymieniać co 10 tyś. kilometrów. Podwozie sprawuje się doskonale, a łańcuch rozrządu jest częścią, którą również raczej rzadko wymieniałem. Sądzę, że pozytywną rolę odgrywają tu doskonałe napinacze łańcucha.

Nieodpowiednie; moim zdaniem; jest umiejscowienie świecy. Wymiana jej bez odpowiednich narzędzi jest po prostu niemożliwa (jak dla mnie to graniczy z cudem). Oprócz tego w zagłębieniu, w którym znajduje się świeca zbiera się szczególnie dużo brudu, kurzu i piasku. Przy temperaturze 45 oC oraz długiej jeździe na pierwszym lub drugim biegu silnik osiąga maksymalną temperaturę oleju – 120 oC (wszystko jest do sprawdzenia przy śrubie spustowej oleju). Elektryka w Tenerze XT 600 jest niezawodna i nie można jej nic zarzucić. Dwukrotnie rozsynchronizował mi się gaźnik ale za pomocą 10 mm. bolca udało mi się go ustawić. Jeżeli chodzi o amortyzatory teleskopowe, to trzeba podkreślić, że sprężyny słabną po 15 tys kilometrów. Jeden z teleskopów od początku był felerny, ponieważ pochodził z motocykla po wypadku i od początku wykazywał zużycie. Bez zarzutu jest łożysko w przednim kole. Szprychowane koła zwłaszcza tylne wymagają częstych przeglądów. Do dziś nie strzeliła mi ani jedna szprycha ale przezorny zawsze ubezpieczony. Na tylnej feldze widoczne są małe rysy w rejonie otworów szprychowych, powstały jednak dopiero po przejechaniu 13 tys. kilometrów. Gdy na liczniku wybiło 92 tys. kilometrów – na tylnej feldze odkryłem długie wgniecenia od otworu szprychowego do otworu. Szkody te powstały, jak sądzę, w wyniku zużycia felgi.

Bardzo zadowolony byłem ze sposobu działania filtra powietrza. Mógłby być tylko umiejscowiony w trochę bardziej dostępnym miejscu. Podczas jazdy po terenach piaszczystych, błotnistych powinien być codziennie czyszczony. Jest to jednak czynność dość denerwująca ponieważ aby go wyczyścić należy odkręcić sześć śrub. Serwis YAMAHY proponuje inne rozwiązanie tego problemu; rolę śrub w modelu XT 600 z dużym powodzeniem mogłaby pełnić większa gumowa uszczelka. Co 10 tys. km. trzeba zadbać o wahacze i mono-cross system (chodzi tu o smarowo – kulowo – zaworowe gniazda) i użyć smaru. Do dziś bez zarzutu działają łożyska igiełkowe. Tylko raz musiałem wymienić łożysko wałeczkowo – stożkowe w skrzyni biegów. Sądzę, że dostał się do niego piasek lub błoto.

Trzeba podkreślić, że widełki w motocyklu marki YAMAHA to strzał w dziesiątkę. Maszyna ma dobry komfort jazdy (amortyzatory) i dużą stabilność. Oczywiście sprężyny wyrabiają się po jakimś czasie ale to normalne. Jakiś czas temu zamontowałem sobie nowe mieszki sprężyste (sylfony).

Tak więc podsumowując, ogólny stan mojej Tenery XT 600 jest dobry, szczególnie jeśli chodzi o pojedyncze części. Trzeba zauważyć, że nie jestem typem, który przejawia zbytnią dbałość o motocykl (nie myję go i nie konserwuję regularnie).

Moim zdaniem nie ma żadnej alternatywy dla starej Tenery. Jest to motocykl „prosty” bez żadnych zbędnych upiększeń, przystosowany do długodystansowych wypraw. Model XT 500 pomimo, że spełnił pokładane w nim oczekiwania, niestety odszedł ostatecznie z areny walki.

STO TYSIĘCY KILOMETRÓW Z TENERĄ

trzecia wyprawa do Afryki;